Na początku z entuzjazmem jest trochę łatwiej. Joga jest jak nowopoznana osoba – intrygująca, trochę tajemnicza, atrakcyjna i pociągająca. Pojawia tzw. „efekt WOW” po zakończonej praktyce. Bardzo namacalnie doświadczamy pozytywnych skutków jogi – na poziomie ciała i umysłu. Kiedy mijają lata i joga staje się codzienną rutyną traci trochę ten walor nowości. Relacja między praktykującym a praktyką staje się dojrzała. „Efekt WOW” trochę powszednieje, bo skoro doświadcza się go regularnie, staje się coraz mniej WOW. Wtedy właśnie pojawia się pytanie o to, jak utrzymać entuzjazm do regularnej praktyki. W końcu joga jest praktyką transformacji, a coś codziennego i rutynowego z przełomowymi zmianami jakoś się nie kojarzy.

Kiedy idę na długą wycieczkę z plecakiem z każdym kilometrem czuje jego rosnący ciężar. Paski wrzynają się w ramiona, każdy krok jest wysiłkiem. Kiedy jednak zdejmuje plecak czuję nieopisaną lekkość, nogi same niosą, a stopy prawie unoszą się nad ziemią. To poczucie lekkości, wyzwolenia się z nieprzyjemnego ciężaru po jakimś czasie jednak mija. Zapominam o tym, jak trudno szło się z plecakiem. Marsz bez obciążenia powszednieje.

Praktyka jogi w dojrzałej fazie jest trochę jak taki marsz bez plecaka, kiedy wspomnienie jego ciężaru gdzieś już się rozmyło. Czasem jakieś dramatyczne wydarzenie albo choroba przypominają, jak ciężko idzie się z plecakiem, ale potem znowu wraca codzienna rutyna. Entuzjazm dla dojrzałej praktyki najprościej wtedy chyba znaleźć w samej drodze i w świadomości, że nie jesteśmy tym ciężarem ani jego brakiem, ale ciągłym procesem stawania się.