Współcześnie joga zwykle zaczyna się od praktyki asan. Ma to swoje dobre strony. Funkcjonujemy w społeczeństwie sytości i dostatku, nasz tryb życia w coraz mniejszym stopniu wymaga wysiłku, a nasze ciała stworzone zostały przecież do aktywności. Jeśli więc ktoś decyduje się fizycznie popracować na macie, to tylko można trzymać kciuki, bo każda forma pracy z ciałem w dzisiejszym świecie godna jest poparcia. Nawet jeśli wynika to jedynie z kultu ciała, pragnienia szczupłej sylwetki czy tęsknoty za wieczną młodością.

Jeśli obecnie joga zaczyna się od asan, to jednak na asanach się nie kończy. Tradycyjnie, oprócz asan, praktyce jogi towarzyszyły zwykle także inne praktyki: np. przestrzeganie zasad postępowania regulujących relacje z innymi i samym sobą, praktyki oddechowe, kontrola doznań zmysłowych i medytacja. Przez wieki asana była nawet utożsamiana jedynie z pozycją siedzącą, w której po prostu praktykuje się kontrolę oddechu i umysłu, zaś pierwsze asany wymagające siły i elastyczności zaczynają być opisywane w tekstach dopiero od X-XI wieku.

Kiedy zatem asana staje się jogą? Na czym polega ta subtelna granica między pracą nad ciałem, jego siłą, elastycznością, a praktyką jogi? Czy można twierdzić, że praktykuje się jogę, jeśli jedynym elementem praktyki są asany? A.G. Mohan, uczeń wielkiego Krishnamacharyi, twierdził, że: „Asana staje się jogą jedynie, gdy prowadzi do trwałej poprawy naszego dobrostanu i wewnętrznego spokoju. W przeciwnym razie staje się jedynie wyginaniem ciała i konkurowaniem z innymi, co może doprowadzić do uszkodzeń stawów i karmić nasze ego.”.