Kiedy zaczynałem, kiedy wszystko było nowe, każda praktyka stawiała mnie przed niedoświadczonymi jeszcze doznaniami. Byłem podobny do dziecka, które właśnie dostało paczkę łakoci. Jadłem je z przyjemnością, trochę może bez umiaru i nie do końca zastanawiając się nad ich smakiem.

Po iluś tam latach coś się zmieniło. Niezauważalnie, stopniowo, ale jednak dość często na macie obok zaczął praktykować trochę melancholijny towarzysz o imieniu PESEL. Potem przyplątała się jakaś operacja, co oznaczało rekonwalescencję i uczenie się ciała od początku. W efekcie zmienił się mój stosunek do posiadanej paczki łakoci. Coraz wolniej i świadomiej smakowałem każdy cukierek, jego intensywność i bogactwo smaków. Przestałem się spieszyć, gonić za nowym. Zacząłem doceniać powtarzalność i umiar.

Przestałem także przywiązywać tak duże znaczenie do zasad i ograniczeń, powtarzanych często bezmyślnie przez wielu zakazów i nakazów. Moim słowem kluczem stało się „dlaczego?”. Jeśli nie potrafiłem znaleźć na to pytanie dobrej odpowiedzi w mądrych tekstach, u doświadczonych nauczycieli, czy we własnym doświadczeniu, uznawałem, że po prostu nie mam czasu na stosowanie reguł, których nie rozumiem.

Brak czasu uświadamia koszt robienia rzeczy bezsensownych, co daje pewien komfort podczas dokonywania wyborów. Brak czasu pozwala także na bezwstydne poszukiwanie intensywności i autentyczności. Łatwiej także doceniać rzeczy codzienne, nieprzełomowe, które dają małe satysfakcje i nawet przelotne spełnienia. Pojawia się także dystans do własnych błędów i osiągnięć, czasem także ironiczny uśmiech, który zawsze dobrze robi na ego.

Nie wiem ile jeszcze łakoci zostało w torbie. Ale jest ich chyba wystarczająco dużo, żeby smakować je przez następne lata. Każda praktyka stała się na swój sposób intensywna i cenna. Przestałem dawać z siebie wszystko, ale dzięki temu otwieram się na wszystko. Melancholijny gość o imieniu PESEL i ja pracujemy zgodnie na macie ku obopólnej satysfakcji.