Żyjemy w kulturze zdominowanej przez obraz. Trudno wyobrazić sobie dzisiaj nauczyciela jogi bez profilu na mediach społecznościowych, a media społecznościowe to głównie obrazy i filmy. Przez obrazy więc oceniamy czasem czyjąś praktykę jogi. Jeśli te obrazy są atrakcyjne, a prezentowane asany wydają się imponujące, trudne i pełne gracji oceniamy praktykę na obrazie jako zaawansowaną.

Jest w tym jakaś fałszywa nuta, bo joga jest – i miejmy nadzieję pozostanie – praktyką wewnętrzną. Podczas praktyki asan stwarzamy przestrzeń do obserwacji, ale nie jest to obserwacja zewnętrzna. Jesteśmy jednocześnie obserwatorem i obiektem obserwacji. Nasze ciało przestaje być kształtem – staje się laboratorium, w którym fizyczność, oddech i umysł wchodzą z sobą w reakcję tworząc przez to ulotną, nową jakość. Asana jest przedmiotem subiektywnego doświadczenia jej autora czy autorki, nie przedmiotem obserwacji kogoś innego.

Asana nie jest także przedmiotem demonstracji czy pokazu – tak jak dzieło sztuki, taneczny układ, czy aktorski występ. Ktoś obserwujący asanę z zewnątrz nie potrafi tak naprawdę ocenić jej jakości i nie dostrzega efektu, który wywiera. Podczas praktyki nie tworzymy czegoś, co mogą dostrzec inni. Nie potrafią oni także tego ocenić ani docenić.

Zdjęcia asan mogą inspirować, być może zachęcać do podjęcia praktyki, ale nie są obrazem praktyki, nie są nawet jej mapą czy instrukcją jej wykonania. Asanę możemy jedynie subiektywnie doświadczyć, jej skutków nie możemy zademonstrować.

Wygląd asany jest drugorzędny. Kluczowe jest to, co dzieje się podczas asany, a to bardziej wgląd niż wygląd. Wgląd we własne fizyczne, energetyczne i mentalne doświadczenie, wgląd w przedmiot doświadczenia, który jest jednocześnie jego twórcą. A to na zdjęciach raczej słabo wychodzi.