Współczesna joga w znacznej mierze stała się częścią kompleksu wellness. Oczekuje się od niej, że będzie przyjemna – trochę jak coś w rodzaju połączenia masażu, delikatnej gimnastyki, zbiegów wyszczuplających, aromaterapii i relaksacyjnej muzyki. Coraz więcej w jodze poszukiwania nieuchwytnej, cielesnej doskonałości, coraz mniej dążenia do prawdy o sobie. Tęsknota za trudnym do odnalezienia, wewnętrznym spokojem i równowagą ustępuje miejsca powierzchownemu relaksowi.

W przyjemności nie ma nic złego, pod warunkiem, że nie staje się uzależnieniem. Przyjemność ma jednak pewien deficyt – nie działa jak katalizator, nie prowokuje zmiany, raczej konserwuje stan obecny. Transformacja często przyjemna nie jest. Zmiana na lepsze wiąże się pracą, pokorą i samodyscypliną. Wymaga także czasu, cierpliwości, szczerości i otwartości na nieznane. Sam proces zmiany może wiązać się z nieprzyjemnymi doznaniami, wyjściem poza strefę komfortu, skonfrontowaniem się ze swoimi lękami i demonami.

Joga ma sprawiać, że przestaniemy cierpieć. Bhagavadgītā twierdzi nawet, że joga to “rozłączenie połączenia z cierpieniem”. Droga do tego celu nie wydaje się jednak ani łatwa ani prosta. A uzależnianie się od pogoni za przyjemnościami prowadzi raczej do cierpienia.